piątek, 17 czerwca 2016

01.

CZYTASZ? ZOSTAW ŚLAD.

Dwa lata wcześniej...

        Nic nie zapowiadało tragedii jaka spotkała młode małżeństwo. Zwyczajny, słoneczny dzień w cichym i przyjaznym Stratford, gdzie każdy każdego zna. Melanie wyszła dziś do pracy wcześniej, by otworzyć kwiaciarnię przed przyjściem szefa. Chciała poukładać pasmanterię i zrobić kilka bukietów, by mieć mniej roboty przez cały dzień. 
          Siedząc na tarasie, Justin przyglądał się dziewczynce ubranej w jasnoróżową sukienkę. Wyglądała w niej uroczo. Mała wesoło tłumaczyła coś siedzącej na małym krzesełku lalce, gestykulując energicznie. Słodkości po prostu! Wymachiwała rączkami na wszystkie strony, podskakując w miejscu, a po chwili przytuliła lalkę, głośno mówiąc: "Kocham cię, Daisy!". Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Nie myślał, ze można kogoś kochać tak mocno. Nigdy nie zaznał miłości, a z Melanie jest tylko dla tego, że nie umiał odejść, gdy powiedziała mu o ciąży. Strach w jej oczach popchnął go do podjęcia decyzji.
             Został. 
- Tato! Tato! - Justin ocknął się z przemyśleń i wstał, by podejść do dziewczynki machającej w jego stronę.
- Co się stało? - Zapytał spokojnie.
          Mężczyzna kucnął, by mieć lepszy kontakt z córką, która rzuciła mu się na szyję, mocno obejmując ją swoimi małymi łapkami. Ciepło rozeszło się po ciele szatyna, który przytulił dziewczynkę, by pokazać jej, co czuje.
- Kocham cię, tato. - Serce Justina zabiło mocniej, kiedy pocałował dziewczynkę w czółko.
- Też cię kocham. - Odparł szatyn, a Vicky się odsunęła, spoglądając mu w oczy.
- Chcę się bujać! - Wysepleniła Victoria, a Justin posłusznie spełnił jej zachciankę.
          Szatyn pchnął huśtawkę, a dziewczynka zachichotała wesoło. Jej śmiech był dla niego niczym najpiękniejsza melodia, która pieściła jego uszy i rozgrzewała serce, topiąc najgłębszy i najgrubszy lód, który je pokrywał. Było to jego lekarstwo na zły dzień i niepogodę ducha.
            Mężczyzna użył więcej siły, by huśtawka się nie zatrzymała zbyt szybko i ruszył biegiem do domu po coś do picia dla córki, która prosiła o sok. Czego nie robi się dla swojej księżniczki prawda? Szczęśliwy ojciec pognał do domu, popychając huśtawkę ostatni raz. Stojąc przy zlewie i myjąc butelkę, Justin wyjrzał przez okno. Jego serce zabiło szybciej, a po chwili stanęło. Nie wierzył własnym oczom, dopóki Victoria nie zaczęła płakać i krzyczeć.
          Starszy mężczyzna z brzuszkiem, o poszarzałej skórze, siwych włosach i nieprzyjaznym wyrazie twarzy trzymał cały świat szatyna w swoich ogromnych, brudnych rękach. Wściekłość zalała Justina niczym tsunami, siejąc spustoszenie w jego umyśle i sercu. Jedyne o czym marzył w tej chwili, to zaciśnięcie swoich dłoni na szyi tego zwyrodnialca, by móc patrzeć jak się dusi i błaga o powietrze. Rzucając butelkę w kąt kuchni, szatyn ruszył biegiem do ogrodu, by uwolnić córkę z łap porywacza. 
       Justin przeskoczył biały płotek, odgradzający go od odjeżdżającego, starego, białego vana, w większości pokrytego rdzą. Widział w bocznym lusterku, jak jego córeczka płacze w histerii. Nie mógł znieść tego widoku. Jej strach spowodował przypływ siły i większego gniewu, który wyładuje na mężczyźnie, gdy tylko go złapie. 
             Biegnąc ile sił w nogach, Justin czuł, jak jego gardło i płuca powoli zaczynają palić żywym ogniem. Nie mógł się poddać, nie teraz, kiedy był już tak blisko samochodu. Serce szatyna przyspieszyło swój rytm jeszcze bardziej, gdy prawie złapał klamkę przy tylnych drzwiach vana, jednak kiedy znów próbował po nią sięgnąć, samochód przyspieszył, zostawiając go z niczym.
              Nogi Justina ugięły się pod nim, kiedy samochód skręcił na główną drogę, a on sam został daleko w tyle. Nie zastanawiając się, mężczyzna pobiegł do domu po samochód, by gonić porywacza. W końcu życie jego córki mogło wisieć na włosku. Ręce szatyna drżały, kiedy odpalał samochód. Nie mógł opanować oddechu, a łzy stanęły mu w oczach. Czuł jak jego serce powoli umiera. Obecna sytuacja przygniotła go niczym tona cegieł.
               Przecierając dłonią twarz, Justin wrzucił wsteczny bieg i ruszył na pełnym gazie, rozwalając bramę wjazdową. Nie dbał teraz o nic. Musiał odnaleźć swój skarb. Wiedział, że teraz zaczęła się walka z czasem, którego powoli mu brakowało. Jadąc w ślad za porywaczem Justin skręcił w uliczkę, w którą skręcił mężczyzna. Prędkość z jaką teraz jechał szatyn, nie miała dla niego znaczenia, wszystkie znaki i światła były dla niego zbędnym dodatkiem na drodze. Rozglądając się dokładnie dookoła, Justin dojechał do skrzyżowania.
- Kurwa mać! - Zaklął głośno, waląc dłońmi o kierownice, by wyładować złość i napięcie, które w nim siedziało. Nie mógł się opanować.
        Justin wysiadł z samochodu, gdy zauważył, ze nie ma telefonu. Zatrzymując samochody, starał się zdobyć urządzenie, jednak każdy go skutecznie omijał. Niewiele myśląc rzucił się pod koła srebrnego Chevroleta, który zdążył wyhamować kilka centymetrów przed zdesperowanym szatynem. Justin podszedł do szyby obok kierowcy i zaczął w nią uderzać pięściami błagając o telefon. Mężczyzna otworzył szybę i podał  urządzenie chłopakowi, który nerwowo wybrał numer na policję. Czekając aż dyspozytor odbierze, czuł jak przepaść w jego sercu zaczynała się powiększać.
- Posterunek policji w Stratford, mówi posterunkowa Barnes... 
- Nie obchodzi mnie kto mówi! - Justin nie wytrzymał i wybuchł do telefonu. - Porwali mi córkę! Porwali Vicky!


         Siedział na schodach przed domem, oczekując powrotu Melanie. Ręce drżały mu, gdy raz po raz przeczesywał w zdenerwowaniu włosy. Nie mógł znieść myśli, że zamiast szukać jego córeczki, policjanci z dochodzeniówki oglądali ogród i cały czas zadawali mu te same pytania, które nie miały dla niego sensu. Powinni gonić tego zwyrodnialca. Powinni go znaleźć i zamknąć na co najmniej 25 lat. Zamiast zająć się tym wszystkim, oni po prostu rozglądali się po podwórku.
- Mel! - Justin podbiegł do żony i przytulił ją z całej siły, zanosząc się płaczem jak dziecko. 
              Kobieta spięła się, widząc zachowanie męża. Nie przytulał jej w ten sposób odkąd zaczęło się psuć ich małżeństwo, a Justin stał się na nią obojętny, a czasami nawet oschły, co bolało ją z dnia na dzień mocniej.
- Porwali Vicky. On wszedł na podwórko i ją zabrał, Mel. - Szeptał szatyn, dławiąc się łzami. 
           Melanie zawyła głośno, odpychając Justina, który został w osłupieniu na swoim wcześniejszym miejscu. Kobieta ruszyła biegiem na ogród, gdzie zobaczyła ekipę poszukiwawczą i kierującego sprawą policjanta. Po chwili szatyn przyczłapał na tył domu, a detektyw Smith spojrzał na nich ze współczuciem.
- To nie było zwykłe porwanie. - Zaczął mężczyzna bez owijania w bawełnę. - Ten mężczyzna mógł być chory umysłowo lub po prostu jest psychopatą, nie bał się wejść na państwa podwórko...
- Moja córka jest w rękach jakiegoś psychopaty, a pan tu stoi jakby nigdy nic!? - Wykrzyknęła Melanie, wyrzucając ręce w powietrze. Jej wściekłość skrzyła się ognikami w jasnoniebieskich oczach.
            Justin położył dłoń na ramieniu żony, dając jej znak, by się opanowała, ale ona strąciła jego rękę. Zaczęła chodzić nerwowo w kółko, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
- Macie zacząć szukać mojej córki i radzę wam: zacznijcie jej szukać na poważnie, bo przekopując ogródek nic nie osiągniecie. 
- Robimy, co w naszej mocy. - Odparł detektyw. Melanie zaśmiała się złośliwie z ironią.
- To ma pan chujowe moce. - Warknęła i weszła w głąb domu. 
        

~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że notka Wam się spodoba, mimo że mi do gustu nie przypadła. Za łatwo mi się ją pisało.
Z resztą sami oceńcie. :)

Gdyby ktoś chciał być informowany o nowych rozdziałach, niech zostawi swój nick z TT. Tam będą pojawiać się informacje o nowinkach. 

Buziaki. ♥